Maciek Kalkosiński [03.02.2010]
Długi dystans: Ford Ranger Wildtrak
Niestety nadszedł czas, aby zakończyć nasz kolejny test długodystansowy. Przez 6 miesięcy eksploatacji zrobiliśmy Rangerem 10 261 km. To dystans wystarczający, aby naprawdę polubić to auto, ale i w pełni być świadomym jego wszystkich wad.
Tym, co denerwowało nas przez cały okres eksploatacji, jest bez wątpienia układ kierowniczy dający bardzo słabe wyczucie samochodu i odbierający sporo radości z prowadzenia żwawego i twardo zawieszonego auta. Podczas ostatnich dni eksploatacji, które przypadły na potężny atak zimy, wyraźnie we znaki dał nam się też brak jakichkolwiek systemów stabilizacji toru jazdy i/lub mechanizmu różnicowego, który pozwalałby cały czas jeździć z włączonym napędem 4x4 na asfalcie. Sprawiało to, że często musieliśmy przełączać napęd z 4x4 na 2x4, gdy tylko chcieliśmy zaparkować w odśnieżonym miejscu (ciasne manewry na odśnieżonych miejscach z włączonym 4x4 owocowały szarpaniem i sporym nadwerężaniem mechanizmu).
Mieszane uczucia budzi również spalanie, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę niezbyt duże prędkości, z jakimi się poruszaliśmy. W trasie 7 l naprawdę nas cieszyło (to w końcu ogromne auto), ale w mieście ta wartość potrafiła się nawet podwoić. A to już wynik odpowiedni raczej dla SUV-ów o podobnych rozmiarach i z dużo mocniejszymi silnikami Diesla i automatycznymi skrzyniami biegów.
Całe szczęście o tych wadach można było szybko zapomnieć. Radość z jazdy wielkim (o wyglądzie nawet nie wspominam, za Rangerem przez cały oglądało się sporo ludzi, choćby ze względu na duże felgi i ciekawe dodatki) i wyjątkowo odpornym na nasze drogi autem szybko rekompensowała wszystkie te niedogodności. Zdolności terenowe Rangera przydawały się nawet w Warszawie, choć z drugiej strony trzeba uważać, żeby z tym nie przegiąć, bo nad moim biurkiem do dziś wiszą zdjęcia od straży miejskiej, która udokumentowała mój sposób parkowania z wykorzystaniem, wydawałoby się, niedostępnych elementów krajobrazu.
Kupowanie Rangera tylko do poruszania się po mieście całkowicie mija się z celem. Aby bowiem w pełni docenić ten samochód, trzeba się ruszyć za miasto, i to najlepiej w jak najmniej dostępne rejony. Można wtedy bez trudu zabrać na krypę rowery, quada (średniej wielkości chińskie się mieszczą, typowe japońskie o większych pojemnościach - już nie bardzo) lub sporą ilość sprzętu kempingowego i ruszyć w naprawdę niedostępne i mało uczęszczane rejony.
Oczywiście najbardziej typową grupą klientów Rangera wydają się osoby wykorzystujące tego typu auta do pracy. Wszyscy pozostali, którzy tylko znajdą dla niego rozsądne zastosowanie, również nie powinni narzekać, pod warunkiem że kupując pick-upa, dokonają świadomego wyboru, pamiętając, że mają do czynienia nie z alternatywą dla SUV-a, ale z minimalnie unowocześnionym samochodem terenowym.
Po wielu godzinach za kierownicą Rangera naprawdę trudno było mi się z nim rozstać, a kolejne opady śniegu sprawiają, że jeszcze bardziej tęsknię za napędem na 4 koła i solidnym prześwitem. Z Rangerem naprawdę miło spędziłem czas i bez wątpienia mogę go polecić wszystkim kierowcom szukającym auta nieszablonowego i gotowego na wszystko. Ja tymczasem przesiadam się do kolejnego samochodu, który opiszę w teście długodystansowym, ale to już temat na następną serię artykułów. Na zakończenie zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z całego okresu trwania testu.
