Ecodriving
Jak to się kończy.
Zawsze uważałem ekodriving za szlachetną formę sportu samochodowego. W żadnej innej dyscyplinie sportu motorowego nie trzeba tak dużo myśleć i planować, a emocje towarzyszące walce o każdą setną część litra można porównać z brutalnymi zmaganiami na torze.
Nic więc dziwnego, że gdy Mitsubishi zaproponowało mi reprezentowanie firmy w corocznym ekoteście, przyjąłem tę propozycję z ogromnym entuzjazmem i nie mogłem się doczekać dnia zmagań. Wystartować miałem modelem ASX, któremu właśnie przyglądamy się podczas testu długodystansowego. Dosyć dobrze poznałem już ten samochód i uważam, że mimo iż nie jest to typowo ekologiczne auto, to i tak będzie można się wykazać.
Aby choć minimalnie zwiększyć swoje szanse, postanowiłem skorzystać z oferty Michelin, która to firma zaproponowało mi zmianę opon na takie o minimalnie mniejszych oporach toczenia niż nastawione głównie na przyczepność seryjne Yokohamy.
Pełen entuzjazmu, nastawiony na dżentelmeńską rywalizację stawiłem się w sobotni poranek na miejscu startu. Przekrój startujących samochodów był dosyć szeroki: od ciężarówki, poprzez hybrydę, po maleńkie diesle. Jakoś nikt (oprócz nas) nie wpadł na pomysł wystawienia SUV-a, więc zostałem zaklasyfikowany do grupy, w której miałem walczyć z Alfą Romeo MiTo 1,6 MultiJet, Peugeotem 308 1,6 HDI czy Fiatem Pandą 1,3 MultiJet. Moje auto było więc największe, najcięższe, najmocniejsze i miało największy silnik spośród konkurentów. Krótko mówiąc, wyglądałem jak gość w trampkach na balu u prezydenta.
Mimo wszystko dystans 300 km po trasie szybkiego ruchu, w mieście, jak i po krętych i dziurawych drogach lokalnych napawał mnie optymizmem i dawał szansę, że choć na niektórych fragmentach będę w stanie obniżyć zużycie paliwa bardziej niż inni.
Jeszcze przed startem podczas komisyjnego tankowania samochodów miałem okazję przekonać się, że zmagania wcale nie są koleżeńskim spotkaniem, a niektórzy swoje wyniki traktują nazbyt poważnie. Według regulaminu mieliśmy tankować nie pod korek, ale do pierwszego odbicia pistoletu. Używaliśmy jednego dystrybutora co wydawało się całkiem fair. W związku z tym, że organizator nie podał maksymalnej ilości paliwa, jaka może znajdować się w zbiorniku przed tankowaniem (ja przyjechałem z połową), niektórzy znaleźli lukę w przepisać i na tankowanie przyjechali autami zalanymi już pod sam korek. Pierwsze odbicie pistoletu następowało zaraz po jego włożeniu, ale fizycznie mieli w baku o kilka litrów paliwa więcej niż inni.
Wywołało to sporą kłótnię i doprowadziło do wycofania się jednej z marek. Nieźle jak na początek.
Na trasie uznałem, że wolę oddalić się nieco od peletonu walczącego o miejsca za sporadycznie poruszającymi się w weekend tirami (schowanie się za naczepą gwarantuje sporą oszczędność paliwa - pod warunkiem że kierowca przed nami jedzie równo) i korzystając z mocy silnika postanowiłem wypracować sobie dobrą średnią prędkość, zanim wjadę do miasta i będę musiał ustąpić pola mniejszym samochodom, bardzo powoli rozpędzając się spod świateł.
Nie szło mi źle. Po 250 km trasy komputer pokazywał średnie zużycie 3,4 l na 100 km. Ostatnie kilometry to jazda po Warszawie, która niestety mocno zwiększała zużycie i wymagała ogromnego wysiłku przy szacowaniu odległości od świateł i przewidywaniu, czy uda się zdążyć na zielonym. Jechałem powoli, używając momentu obrotowego na piątym i szóstym biegu i prawie wcale nie używając gazu.
Wszystko jednak trafił szlag, gdy tak się tocząc, chciałem zmienić pas. Jadący za mną kierowca tira uznał, że będę mu przeszkadzał, i w ostatniej chwili docisnął gazu, wbijając się w mój lewy błotnik.
Trzy godziny spędziłem czekając na radiowóz, wylegując się na fotelu i pisząc ten tekst. Mandat w wysokości 400 zł pozostawił po sobie jednocześnie niesmak i miłe uczucie podreperowania finansów państwa (może następnym razem policjanci nie będą musieli jechać tak wolno, oszczędzając paliwo).
Miło, że organizator rajdu pozwolił mi dokończyć rywalizację (niestety poza konkurencją, bo nie zmieściłem się w czasie i doliczono mi bardzo dużo punktów karnych) i dokonać ostatniego kontrolnego tankowania. Wynik? 4 l zużytej ropy na 100 km, czyli o 1,5 l mniej, niż podają (według niektórych zbyt optymistyczne) dane producenta.
Byli lepsi. Dla mnie to i tak duży sukces. Cały czas jednak nie daje mi spokoju pytanie: Czy gdybym jechał szybciej i agresywniej, to mimo wszystko nie byłbym szczęśliwszy i bogatszy o te 400 zł?
07:13 [15.06.2011]
Gość08:04 [15.06.2011]
Gość08:13 [15.06.2011]
Gość08:40 [15.06.2011]
Gość08:44 [15.06.2011]
Gość08:57 [15.06.2011]
Gość09:04 [15.06.2011]
Gość09:34 [15.06.2011]
Gość09:55 [15.06.2011]
Gość09:55 [15.06.2011]
Gość