Polski supersamochód to wielka porażka?
Wszystko, co musisz o nim wiedzieć.
W 2008 r. pierwszy raz pisaliśmy o planach powstania polskiego supersamochodu (patrz tutaj). Projektem zajmowała się firma o niewiele mówiącej nazwie Veno. W informacji prasowej szumnie zapowiadała, że przygotuje konkurenta Koenigsegga i Pagani i że wyniki prac zobaczymy już niedługo. Na dowód tego, jak zaawansowany jest etap projektowania, do informacji dołączono koncepcyjne szkice oraz rysunki z autocada. Auto wygląda naprawdę świetnie (co potwierdzają zdjęcia), bo przy wielu rozwiązaniach stylistycznych projektanci czerpali garściami z Lamborghini Reventona. Niestety potem informacje o projekcie ucichły.
Nie oznacza to jednak, że nic się nie działo. Po sporządzeniu projektów pod Wrocławiem w znanej firmie Bojar (budującej repliki Ferrari na zamówienie, a na co dzień - kajaki) zaczęła powstawać rama pierwszego egzemplarza auta. Jak twierdzą pracujący tam mechanicy, z motoryzacyjnym hi-endem nie miała jednak wiele wspólnego, bo wykonano ją ze stalowego kątownika ze sklepu budowlanego...
Potem auto tułało się po różnych warsztatach, jednak jak twierdzą osoby dawniej zaangażowe w projekt, prace postępowały bardzo powoli, a efekty, delikatnie mówiąc, okazały się spartańskie i niezbyt spektakularne.
W międzyczasie sprawą powstania auta zainteresowało się Lamborghini. Po obejrzeniu szkiców firma wystosowała do Veno list, w którym delikatnie dała do zrozumienia, że samochód zbyt dużo elementów stylistycznych zapożyczył od ich produktu i że jeśli całość powstanie w tej formie, to firma może mieć poważne kłopoty.
Projekt więc zmieniono, a prace się opóźniły.
Spółkę Veno tworzyło kilka mniejszych firm, między innymi jedna produkująca rowery z włókna węglowego. Niestety niezadowoleni udziałowcy rozeszli się, co spowodowało kolejne opóźnienia.
W 2010 r. sprawą Veno zainteresował się "Puls Biznesu", który z ciekawością przyglądał się akcjom spółki notowanym na New Connect. Początkowo była to złota inwestycja, która po kilku niespełnionych obietnicach stała się poważną klęską inwestorów. Pod koniec 2010 r. firma praktycznie stała w miejscu z projektem i szukała kolejnych możliwości. Według informacji podanych przez gazetę firmie udało się zebrać 1,2 mln zł, które dosyć szybko wydała. Koszty budowy prototypu pojazdu klasy Koenigsegga czy Zondy szacowane są lekko na 20 mln... euro. Łatwo więc domyślić się, w czym tkwił problem.
Zresztą wystarczy spojrzeć na zdjęcia zrobione przez byłego pracownika firmy, aby zobaczyć, co tak naprawdę kryło się za zapowiedziami superauta z Polski. Tona kątownika, szlifowana szpachla i felgi ze starego BMW... Wyglądało to raczej mało ekskluzywnie.
Trzy lata po pierwszej oficjalnej informacji otrzymaliśmy w końcu kolejną. Firma zmieniła nazwę na Arrinera Automotive i twierdzi obecnie, że ma już jeżdżący model. Niestety do informacji nie dołączono żadnych zdjęć, ale jedynie kolejne szkice ukazujące samochód - już nieco mniej podobny do Lamborghini.
Ani słowa o silniku, ani słowa o podwoziu, ani słowa o założeniach konstrukcyjnych.
Sporo możemy natomiast powiedzieć o nowym kształcie firmy. Według informacji prasowej jednym z udziałowców został znany brytyjski konstruktor Lee Noble. Swego czasu współpracował on z McLarenem, a od kilkunastu lat sprzedaje własne supersamochody. Nie są to jednak luksusowe i superszybkie auta mogące konkurować z Koenigseggiem, Lamborghini czy Ferrari, ale raczej torowe zabawki konstrukcyjnie zbliżone do Caterhama (patrz nasz test) czy Radicala (patrz nasz test). Trzeba jednak przyznać, że Lee Noble zna się na rzeczy, bo na przykład model Noble M600 należy do najszybszych samochodów na świecie, a na torze bez problemu łoi takie pojazdy jak Porsche 911 Turbo czy Ferrari Italia.
Nie wiemy jednak, jak duży będzie wkład Noble'a w budowane auto i czy w ogóle projekt zostanie ukończony. Jak zapowiedziano bowiem w informacji prasowej, na początku czerwca firma ma spotkania z kolejnymi inwestorami. Jednym słowem nadal poszukuje osób, które zapłacą za całe przedsięwzięcie.
Inna sprawa, że skoro samochód zbuduje Noble, to zapewne powstanie on w brytyjskich zakładach firmy, zaprojektowany i wykonany przez Brytyjczyków. Fajnie, ale jakoś nie bardzo widzimy w tym polski akcent...
Na razie więc o polskim supersamochodzie musicie wiedzieć tyle: jest jeden, powstaje w Mielcu i nazywa się Leopard (patrz tutaj). A jeśli Arrinera faktycznie ujrzy światło dzienne i zobaczymy gotowe jeżdżące auto, to wtedy zrewidujemy nasze poglądy.
15:25 [04.06.2011]
Gość16:01 [04.06.2011]
Gość16:07 [04.06.2011]
Gość16:23 [04.06.2011]
Gość16:27 [04.06.2011]
Gość16:27 [04.06.2011]
Gość16:39 [04.06.2011]
Gość16:41 [04.06.2011]
Gość16:44 [04.06.2011]
Gość16:54 [04.06.2011]
Gość