Maciek Kalkosiński [07.02.2010]
Test: BMW 750Li x-Drive
O niektórych samochodach można powiedzieć, że są uniwersalne - pojedziesz nimi na zakupy, za miasto i na wakacje. Pisząc jednak o testowanym BMW, że to "wszystko w jednym", miałem na myśli dosłownie "wszystko". Jest to bowiem i limuzyna, i auto sportowe, i pojazd do wożenia VIP-ów, i samochód do codziennej jazdy, a do tego ma w sobie coś z szafy, kina domowego, a nawet wojskowego F-16 (i nie chodzi tu wcale o spalanie). Dodatkowo o żadnej z tych cech czy właściwości nie można powiedzieć, żeby była kompromisem; wszystko jest tu po prostu kolejną funkcją czy opcją. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, żeby w jakimkolwiek pojeździe drogowym udało się upchnąć więcej.
Nowa seria 7 jest naprawdę ogromnym krokiem naprzód w stosunku do jej poprzedniczki. Zwaliste i awangardowe kształty zastąpiły tu lżejsze, płynne linie. Z daleka nowe BMW wygląda zgrabnie, elegancko, ale i tak - jak przystało na markę - całkiem sportowo (długa maska, krótki tył). Dopiero gdy podejdziemy bliżej, zauważymy, jak wielki jest to samochód; przeciętnemu mężczyźnie maska sięga do pasa, a długością (wersja Lang jest dodatkowo o 14 cm dłuższa od standardowej) przewyższa nawet niektóre vany.
Wnętrze zaprojektowano z myślą o czterech osobach, z których każda podróżuje w naprawdę królewskich warunkach. Cztery oddzielne fotele mają bardzo szeroki zakres regulacji, a na ich obicia nie szczędzono delikatnej skóry i miękkich poduszek. Naturalne materiały (pochwalić trzeba grube, nielakierowane drewno na desce rozdzielczej, wyraźnie nawiązujące do starszych aut tej serii) łączą się tutaj z najwyższej klasy techniką. Pasażerowie siedzący z tyłu mają do dyspozycji dwa 8-calowe wyświetlacze połączone z niezależnym od przedniego systemem multimedialnym pozwalającym oglądać telewizję czy DVD, słuchać muzyki lub śledzić nawigację. Jeśli siedzący tutaj dodatkowo podniosą rolety w oknach (oczywiście wszystkie elektryczne), to bez wątpienia mogą poczuć się jak w dobrym domowym kinie.
Może to nieco zaskakiwać, ale to chyba pierwszy samochód tej klasy, w wypadku którego poważnie bym się zastanawiał, czy aby na pewno tylne miejsca są najlepsze. Dlaczego? Bo siedząc za kierownicą ,mamy do dyspozycji równie pokaźną liczbę najnowocześniejszych zabawek, a dodatkowo możemy czerpać prawdziwą przyjemność z jazdy.
Za sterowanie pracą auta odpowiada rozbudowany system elektroniczny, kontrolujący pneumatyczne zawieszenie, oprogramowanie silnika, układ wspomagania, napęd oraz skrzynię biegów. Gdy jeździmy w trybie "Comfort", mamy do czynienia z typową limuzyną, jednak do dyspozycji kierowcy pozostają jeszcze tryby "Normal", "Sport" i "Sport+". O ile "Normal" sprawia, że BMW 7 zaczyna jeździć jak na BMW przystało - mniej się bujać, sprawnie reagować na ruchy kierownicą i przyspieszać żwawo przy dociśnięciu gazu - to prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy włączymy jeden z dwóch ostatnich nastawów.
Na "sporcie" zawieszenie staje się sztywne (choć nierówności nadal tłumione są zupełnie nieźle), wspomaganie - bardziej bezpośrednie, a automatyczna przekładnia nie śpieszy się z włączaniem wyższych biegów, pozwalając w pełni wykorzystać możliwości podwójnie doładowanego silnika V8 o mocy 407 KM (setka pojawia się wtedy na zegarach po 5,2 s).
Napęd na 4 koła sprawia, że samochód wydaje się nie reagować na zmiany nawierzchni i z dziką lekkością pozwala połykać kolejne łuki. O tym, że nie prowadzimy jakiejś lekkiej serii 3, przekonamy się dopiero wtedy, gdy włączymy ostatni w menu tryb "Sport+". Według mnie powinien on nazywać się jednak "Sport-", gdyż zamiast dodawać coś ekstra, po prostu częściowo rozłącza elektronikę stabilizującą auto. Okazuje się wtedy, że mimo napędu na 4 koła tył potrafi trochę pozamiatać na zakrętach, a moc spokojnie wystarcza do wprowadzenia tego giganta w kontrolowany poślizg. Przy tych rozmiarach i masie wymaga to jednak żelaznych nerwów, perfekcyjnego wyczucia i przede wszystkim ogromnych połaci asfaltu. Powiedzmy sobie jednak szczerze: widok takiej kupy aluminium ślizgającej się po asfalcie jest po prostu bezcenny (ciekawe, czy w nowej części Transportera twórcy filmu wrócą do tej marki...). Niestety ewentualne uszkodzenia również mogą okazać się bezcenne - ceny 750Li x-Drive zaczynają się od 452 tys. zł; testowany egzemplarz z dodatkowym wyposażeniem wart był około 700 tys. zł...
Wróćmy jednak do zabawek czy - jak kto woli - elektronicznych systemów wspomagających bezpieczeństwo. Kamery zastępujące boczne lusterka przy ciasnych manewrach pewnie nie zrobią na nikim większego wrażenia. To samo można powiedzieć o adaptacyjnym tempomacie czy systemie informującym o przekroczeniu pasa ruchu. Wyświetlacz HUD pokazujący na przedniej szybie prędkość, informacje z nawigacji oraz niektóre ostrzeżenia jest ciekawy, ale widzi go tylko kierowca. Co więc robi największe wrażenie? Bez wątpienia system Night Vision na centralnym wyświetlaczu, pokazujący obraz z kamery termowizyjnej. Pomijając idiotyczne zastosowania w stylu: jazda w nocy bez świateł albo sprawdzanie, czy sąsiad dawno wrócił z pracy (ciepło z układu wydechowego widać jeszcze długo po zgaszeniu auta), to tak na poważnie jest to jeden z najlepszych układów wspomagających kierowcę.
Pieszych idących drogą (lub w jej pobliżu, bo zakres widzenia jest szeroki) widać z odległości kilkakrotnie większej, niż sięgają (skądinąd bardzo dobre) światła ksenonowe, dzięki czemu zawsze mamy czas, aby zwolnić i zminimalizować ryzyko wystąpienia nieprzewidzianych zdarzeń.
Podsumowując: nowa seria 7 po prostu oczarowuje. Bez względu na to, czy kupimy ją dla wyglądu, wygody, osiągów, technicznych nowinek czy bezpieczeństwa, zawsze będziemy w 100% zadowoleni. To moim zdaniem pierwsze na świecie bezkompromisowe auto absolutnie do wszystkiego.