Maciek Kalkosiński [21.11.2010]
Test: Ford S-Max 2,0 TDCI Powershift
Ford S-Max zupełnie odmienił mój sposób patrzenia na rodzinne samochody. Do tej pory vany kojarzyły mi się z wielkimi pudłami na kołach, które w zakrętach prawie trą lusterkami o asfalt, a podczas jazdy na nierównościach bujają się i gibią. Krótko mówiąc, ich jedyną zaletą była przestrzeń uzyskiwana kosztem przyjemności z jazdy.
Ford pokazał, że wcale tak nie musi być. W 2006 r. S-Max był na tyle rewolucyjny, że niedługo po premierze otrzymał tytuł Car of The Year 2007. Dziś już zdążył się nieco opatrzeć i dlatego firma postanowiła dokonać w nim kilku zmian na nadchodzący rok.
Najbardziej widoczne są oczywiście modyfikacje nadwozia. Nie zdecydowana się jednak na jakieś poważne zmiany. Model ten, mimo że ma już 4 lata, nie wyglądał tak źle, więc zmieniono w nim tylko detale, takie jak światła czy zderzaki. To wystarczyło, aby duży Ford nabrał świeżości i ponownie zaczął zwracać na siebie uwagę na ulicy.
Wnętrze również pozostawiono bez poważnych zmian. Minimalnie poprawiono jedynie materiały użyte do jego produkcji. Cały czas jednak mamy do czynienia ze stylistyczną wariacją na temat Mondeo.
Miejsca jest tu wyjątkowo dużo. Pięć oddzielnych foteli zapewnia wygodę podróżowania wszystkim pasażerom. Warto zwrócić uwagę, że nawet tylne fotele mają sportowe wyprofilowanie z dobrym trzymaniem bocznym. Wersja 7-osobowa dostępna jest za dopłatą, w przeciwieństwie do większego modelu Galaxy gdzie dwa dodatkowe fotele dostajemy w standardzie. W S-Maksie mamy za to naprawdę potężny bagażnik o pojemności 854 l.
Najważniejsze zmiany w nowym modelu nie są jednak widoczne gołym okiem. W najnowszej generacji Ford zdecydował się bowiem na wprowadzenie 2-litrowego silnika diesla o mocy 163 KM oraz szybkiej dwusprzęgłowej automatycznej skrzyni biegów PowerShift.
Bez wątpienia jest to jeden z najlepszych zestawów napędowych, jaki można wybrać do S-Maxa. 10,5 s do 100 km/h i prędkość maksymalna około 200 km/h to osiągi, które odpowiadają sportowemu wyglądowi samochodu.
Jednocześnie automatyczna skrzyni biegów robi użytek z 340 Nm momentu obrotowego, dobrze dobierając biegi. Gdy jedziemy spokojnie, priorytetem jest niskie spalanie. Duży S-Max bez trudu jest w stanie zejść w trasie do wartości nawet poniżej 7 l na 100 km. W mieście za normę trzeba przyjąć wyniki w okolicach 8-9 l na 100 km, co jak na rozmiary i moc samochodu wydaje się do zaakceptowania.
Wystarczy jednak przełączyć skrzynię na tryb sportowy, aby zobaczyć prawdziwe oblicze S-Maxa. Biegi zmieniane są wtedy wyjątkowo sprawnie, choć trochę zbyt brutalnie. Jazda zaczyna jednak sprawiać prawdziwą przyjemność. Sztywny układ kierowniczy i nadwozie w połączeniu z dosyć niskim i (w wypadku naszego testowego egzemplarza) wyposażonym w regulację twardości zawieszeniem sprawiają, że duże auto bez trudu jest w stanie na krętej drodze utrzymać się za klasycznymi sedanami pokroju Mondeo czy Passata.
Oczywiście czuć, że mamy do czynienia z dużym samochodem, jednak granica przyczepności i przewidywalnego zachowania przesunięta jest dużo dalej niż w innych autach tego typu.
Ceny S-Maxa z nowym silnikiem zaczynają się od 113 tys. zł. Za dwusprzęgłową skrzynię biegów musimy dopłacić jeszcze 9 tys. zł. Mimo wszystko to i tak całkiem rozsądna propozycja, jeśli ktoś tak jak ja nie przepada za vanami, ale sytuacja rodzinna zmusza go do zakupu praktyczniejszego samochodu.
Oferujący sporo przyjemności z jazdy przy niezbyt dużym spalaniu, nowy S-Max sprawdzi się zarówno jako auto wakacyjne, jak i pojazd codziennego użytku.
