Test: SsangYong Korando
Nowe rozdanie.
Samochody marki SsangYong nigdy nie cieszyły się wielkim uznaniem wśród polskich klientów. Mocno dyskusyjny wygląd w połączeniu z mało prestiżowym znaczkiem na masce sprawiały, że spotkanie tego "koreańczyka" na drodze było tak samo trudne jak przejazd przez centrum Warszawy w momencie wizyty Baracka Obamy. Za sprawą nowego wcielenia modelu Korando firma SsangYong zamierza diametralnie zmienić tę sytuację. Czy ten koreański SUV zdoła przekonać do siebie klientów?
Osoby, które do tej pory produkty SsangYonga kojarzyły głównie z takimi potworkami jak Actyon czy Rodius, wygląd nowego Korando z pewnością zaskoczy. Śmiem twierdzić, że będzie to jak najbardziej pozytywne zaskoczenie, ponieważ w nowym modelu próżno szukać jakichś designerskich dalekowschodnich eksperymentów. Na żywo auto prezentuje się bardzo masywnie i bezpiecznie, czyli tak jak powinien prezentować się każdy przedstawiciel gatunku SUV. Tak naprawdę na tym stwierdzeniu można by zakończyć opis wyglądu zewnętrznego SsangYonga. Jak już wcześniej wspomniałem, nowe Korando nie jest tak ekstrawaganckie, żeby nie powiedzieć brzydkie, jak jego starsi bracia.
Po zajęciu miejsca w kabinie i krótkim rozejrzeniu się po wnętrzu auta dojdziemy do wniosku, że wcale nie jest tak źle. Po wątpliwej jakości materiałach występujących w starszych modelach tego koreańskiego producenta pozostało tylko wspomnienie. Co prawda nie spotkamy tutaj wysokogatunkowej skóry, czy też szlachetnego drewna, jednak wszystkie plastiki, pomimo tego że twarde, są bardzo poprawnie spasowane. Wyjątkiem są srebrne listwy imitujące aluminium, które wydają się bardzo podatne na zarysowania.
Jeśli chodzi o intuicyjność obsługi, to tutaj także nie mam większych zastrzeżeń. Wszystkie przyciski, których tak naprawdę jest niewiele, są czytelnie opisane, a ustawienie radia, włączenie klimatyzacji czy obsługa tempomatu nie sprawiają żadnych problemów i nie wymagają od nas studiowania instrukcji obsługi. Jedynie nieco przyzwyczajenia wymaga umiejscowienie na konsoli środkowej przycisku do obsługi komputera pokładowego.
Ogólne dobre wrażenie całego kokpitu psuje w moich oczach cyfrowy zegar, który został tu wpasowany nieco na siłę, tak, aby czymś zapchać wolne miejsce na konsoli środkowej. OK, każdy z nas lubi wiedzieć, która aktualnie jest godzina, bo przecież czas to pieniądz, jednak designerzy SsangYonga mogliby się nieco bardziej postarać, aby ten cyfrowy zegarek nie przypominał chińskich czasomierzy rodem ze swojskich bazarów.
Przestronność kabiny oraz ilość wolnej przestrzeni we wnętrzu auta zadowalają. Zarówno w pierwszym, jak i w drugim rzędzie siedzeń wygodnie będzie nawet rosłym pasażerom. Warto wspomnieć, że kilka pojemnych schowków, ukrytych we wnętrzu auta haczyków, na których możemy powiesić podręczne bagaże, oraz 486-litrowy bagażnik sprawiają, że bez większego problemu będziemy mogli wybrać się z całą rodziną na dłuższy wypad za miasto. Dodatkowo po złożeniu tylnych siedzeń przestrzeń bagażowa wzrasta do 1312 l i co bardzo ważne - otrzymujemy równą, płaską podłogę.
Nie będę ukrywał, że bardziej od wymiarów i pojemności bagażnika interesuje mnie, jak dane auto jeździ, dlatego też zapinam pasy i budzę 2-litrowego diesla do życia. W wypadku modelu Korando SsangYong nie daje nam żadnego wyboru, jeśli chodzi o jednostki napędowe. Pod maską może pracować tylko wysokoprężne serce o mocy 175 KM i momencie obrotowym równym 360 Nm. Na papierze takie wartości wyglądają zadowalająco, jednak w praktyce nie jest już tak kolorowo.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, a raczej w uszy, po przekręceniu kluczyka w stacyjce, jest głośna i klekocząca praca jednostki napędowej. Jeśli miałbym do czegoś porównać dźwięk, jaki wydaje z siebie ten diesel, to byłoby to stado bocianów przekrzykujących siebie nawzajem.
Drugą niezbyt przyjemną cechą tego ropniaka jest bardzo wąski zakres, w jakim dostępny jest maksymalny moment obrotowy. Rzut oka na dane techniczne i już wiemy, że owe 360 Nm auto rozwija od 2 do 3 tys. obr./min. W efekcie, aby jeździć w miarę dynamicznie, musimy często wachlować skrzynią biegów i starać się cały czas utrzymywać silnik w takim zakresie wartości obrotowych. Gdy wskazówka obrotomierza znajduje się poniżej 2 tys. obrotów, auto rozpędza się porównywalnie z ruszającym tramwajem, natomiast gdy obroty przekroczą pułap 3 tys., oprócz coraz większego hałasu nie dzieję się za wiele.
Co do samej skrzyni biegów w testowanym egzemplarzu pracowała 6-stopniowa automatyczna skrzynia biegów. Za kwotę 6 tys. zł możemy dokupić również 6-biegową automatyczną przekładnię. Czy jest to warta rozważenia inwestycja? Być może w przyszłości będę miał okazję to sprawdzić, jednak wszystkie przełożenia w podstawowej manualnej skrzyni biegów wchodzą precyzyjnie i bez żadnego sprzeciwu.
Wracając do samego silnika, trzecią rzeczą, o której warto wspomnieć, jest średnie spalanie. Podczas całego testu auto zadowoliło się średnio 7,5 l ropy na każde przejechane 100 km. Biorąc pod uwagę spore gabaryty samochodu oraz nie taką niską moc jednostki napędowej, wynik ten jest co najmniej dobry.
Egzemplarz, którym miałem okazję jeździć, miał napęd tylko na przednią oś. Nawet w najbogatszej wersji wyposażenia napędu 4x4 nie znajdziemy w standardzie. Możemy go dokupić (z wyjątkiem podstawowej wersji Crystal) za 7 tys. zł. Jak wiadomo nie od dziś, SUV`-y i tak bardzo rzadko widzą prawdziwy teren, a nowe Korando z napędem na przód z miejskimi krawężnikami i tak da sobie radę.
Przyznam szczerze, że do wszelkiego rodzaju nowości zawsze podchodzę z olbrzymią ciekawością i bez jakichkolwiek uprzedzeń. Nowy model SsangYonga bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jak się jednak okazało, to pozytywne zaskoczenie trwało tylko do momentu zerknięcia w cennik. Za tak samo wyglądający i tak samo wyposażony samochód jak ten widoczny na zdjęciach trzeba zapłacić 98 200 zł. Dorzućmy do tego napęd na cztery koła, i bariera 100 tys. zł zostaje złamana. Fakt że za te pieniądze otrzymujemy bogato wyposażone auto, jednak większość klientów, mając do wyboru dobrze wyposażonego "koreańczyka" lub nieco gorzej wyposażonego, być może nawet droższego, ale jednocześnie bardziej pewnego "europejczyka", skusi się na tę drugą opcję.
Nie zmienia to faktu, że SsangYong, prezentując nowe wcielenie Korando, wykonał olbrzymi krok naprzód. Co prawda od europejskiej konkurencji dzieli go jeszcze całkiem sporo, jednak koreańscy bracia pod postacią Hyundaia czy Kii nie mogą czuć się zupełnie bezpieczni.
Foto & tekst: Paweł "Kaczy" Kaczor
07:30 [01.06.2011]
Gość09:13 [01.06.2011]
Gość09:26 [01.06.2011]
Gość09:42 [01.06.2011]
Gość10:06 [01.06.2011]
Gość10:07 [01.06.2011]
Gość11:36 [01.06.2011]
Gość12:38 [01.06.2011]
Gość12:46 [01.06.2011]
Gość13:30 [01.06.2011]
Gość