Maciek Kalkosiński [02.08.2010]
Wielki test: Chevrolet Captiva 2,0 VCDI automat
Choć zaraz po powrocie z Mazur musiałem oddać poprzednią Captivę, to zaraz potem odebrałem kolejną, która w zasadzie odmieniła moje spojrzenie na ten samochód.
Bo o ile poprzednio uważałem Captivę za rozsądnego SUV-a za niewielkie pieniądze, to po kontakcie z tym egzemplarzem mogę spokojnie powiedzieć, że to auto naprawdę ma duszę.
W USA nikt nie wątpi, że Chevrolet to marka, do której podchodzi się emocjonalnie. Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego, skoro w salonach stoją tam modele takie jak Corvette czy Camaro. Jednak pozostałe samochody tej firmy też mają swoich zagorzałych fanów. Produkowane w Korei europejskie Chevrolety jeszcze nie zdobyły tak oddanej rzeszy zwolenników, ale być może kiedyś się to zmieni.
Prezentowany egzemplarz Captivy świetnie bowiem nawiązuje do amerykańskich tradycji marki. Biały, perłowy lakier i minimalnie większe alufelgi od razu kojarzą się z południową Kalifornią, kompletnie zmieniając postrzeganie tego auta. Bo jeśli zapomnimy, że pod maską pracuje diesel, okaże się, że Captiva ma z samochodami zza Oceanu naprawdę wiele wspólnego.
Już kilka pierwszych kilometrów za kierownicą testowanej Captivy przypomniało mi czasy, gdy jeździłem typowo amerykańskim Chevy Tahoe. Choć pod jego maską drzemał spory silnik, to nie było to auto szybkie ze względu na powolną skrzynię, która wymuszała raczej kontemplacyjny styl jazdy. Wnętrze również nie porywało, ale miało w sobie to coś, co sprawiało, że człowiek czuł się bezpiecznie i przyjemnie, dzięki czemu podróż upływała w dobrej atmosferze.
Podobnie jest z Captivą. Na dłuższą metę auto z automatyczną skrzynią biegów nie zachwyca dynamiką jazdy i wymaga nieco kombinacji przy wyprzedzaniu na trasie. Niemniej kierowa czerpie sporą przyjemność z jazdy nawet podczas leniwego nawijania kilometrów (spalanie, które nie przekracza 9 l na 100 km, również jest sporą zachętą). Choć Captiva jest mniejsza od typowo amerykańskich SUV-ów, to oferuje ilość przestrzeni, jakiej nie powstydziliby się najlepsi producenci samochodów zza Oceanu. Siedem miejsc siedzących, sporo schowków i półeczek oraz bagażnik o regularnych kształtach i z dobrym dostępem (możemy otwierać samą szybę lub całą klapę) - wszystko to sprawia, że mamy do czynienia z autem pakownym, sprawdzającym się w każdej sytuacji.
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że oprócz wyglądu do amerykańskiej tradycji europejski Chevrolet nawiązuje także cenami. 116 tys. zł za prezentowany samochód z pakietem stylistycznym, całą listą dodatkowego wyposażenia, automatyczną skrzynią biegów, silnikiem Diesla, skórą i nawigacją to cena po prostu rewelacyjna. Wystarczy wspomnieć, że Opel Antara, praktycznie identyczny pod względem technicznym i z podobnym wyposażeniem, ale z europejskim znaczkiem, jest od Captivy o 30 tys. zł droższy...
